Myślę, że wielu z nas Majorka kojarzy, albo kojarzyła się do tej pory z ukochanym miejscem wypoczynku Niemców oraz imprezownią. W moim przypadku było nie inaczej, ale zachęcona zdjęciami z tej wyspy mojej koleżanki, postanowiłam (poniekąd w imieniu mojej rodziny :)) sprawdzić w te wakacje, ile z tych stereotypów nadal jest prawdziwnych.
Zacznijmy od tego, że Majorka nie skradła mojego serca. Spodziewałam się chyba większej egzotyki, a tymczasem krajobraz jest raczej ... swojski. Nie ma tam w zasadzie niczego, czego nie widziałam już np. w Chorwacji, a nawet Polsce, ponieważ centralna część wyspy jest płaska i rolnicza, pod koniec sierpnia wyglądała więc naprawdę jak polska wieś. Plaże bywają piaszczyste oraz kamieniste, ale znając szerokie i piaszczyste plaże chociażby nad Bałtykiem, czy te dzikie chorwackie, te na Majorce niczym mnie nie zachwyciły, chociaż trzeba przyznać, że kolor wody, jej przejrzystość oraz oczywiście temperatura są na duży plus. Co do architektury - chociaż oczywiście byliśmy zaledwie w kilu miejscach i nie jestem ekspertem, także nie była w żaden sposób zachwycająca. Co więcej, w drugiej połowie sierpnia spodziałam się pogody - lapmy, tymczasem pół dnia potrafił padać deszcz, a i niebo potrafiło być zachmurzone.
W każdym razie, lecieliśmy na Majorkę zupełnie nie wiedząc, jakie rejony turystyczne są tam polecane, ale trafiliśmy nieźle, w okolice Alcudii (północno - wschodnia część wyspy), która jest ponoć najładniejsza i najbardziej popularna. Byliśmy w miejscowości Playa de Muro, która jest spokojną, niewielkę mieścinką, ale z odpowiednią ilością resturacji i straganów, żeby nie nudzić się wieczorami :) Ma też całkiem szeroką plażę. Sąsiadujące Can Picafort jest już znacznie większe, jest tam też Mercadona, Lidl, czy Aldi, a także nadmorska promenada, na której wieczorami sporo się dzieje, jest też na pewno bardziej "imprezowa", ale za to ma węższą plażę.
Mimo, że lubię element zaskoczenia, to już kolejny raz, zanim lecimy w jakieś nowe miejsce, oglądam z niego filmiki na YT i na ich podstawie oraz po intensywnych dyskusjach z chatem GPT ustalam plan zwiedzania, zakładając, że pożyczamy na dwa dni auto z wypożyczalni i nie chcemy za dużo jeździć, bo to jednak wakacyjny relaks. Moim numerem jeden, czyli miejscem, do którego wiedziałam, że koniecznie chcę pojechać, było miasteczko Soller. Główną atrakcją tego malutkiego miasteczka jest główny plac z kościołem oraz przejażdzka zabytkowym tramwajem do Port Soller. Przejazd trwa ok. 20 minut, kosztuje 10 Euro od osoby (płatne już w tramwaju) i w zasadzie trudno go przeoczyć będac na placu Konstytucji. Tramwaje odjeżdzają średnio co pół godziny. Mnie osobiście Port Soller podobał się nawet bardziej niż centrum miasteczka i warto przy planowaniu wycieczki wiedzieć, że jest tam całkiem spora plaża, można więc spokojnie połączyć zwiedzanie z plażowaniem, a w zabytkowym tramwaju czułam się trochę jak w Orient Expressie :) więc mimo, że 80 Euro za przejazd w dwie strony dla 4 osób to trochę wygórowana cena, to zdecydowanie było warto!
- Valdemossa - czyli miasteczko, w którym przez pewien czas mieszkał Fryderyk Chopin z George Sand
- Cap Formentor - przylądek w północnej części wyspy, z przepięknymi widokami oraz latarnią morską
- Mirador Es Colomer - punkt widokowy w drodze na Cap Formentor
- Pallma - katedra, a także akwarium
- a także jakieś urocze, ukryte zatoczki i dzikie plaże, o których info na pewno można znaleźć na YT :)































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz